„Tragiczne” polskie poczucie humoru

„Tragiczne” polskie poczucie humoru
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Co śmieszy Polaków? Najpopularniejsze polskie komedie powstały jeszcze w czasach PRL-u, a do tego czasu na pewno coś się zmieniło. Chociaż ciągle nas bawi ten środkowo-europejski świat, pełny nonsensów.

Humor angielski jest wszystkim doskonale znany: lekko absurdalny, często czarny, oparty na qui-pro-quo. Polacy znają i lubią Monty Pythona, śmieją się ciągle z Jasia Fasoli i lorda Czarnej Żmii, a skoro to poczucie humoru nam odpowiada, to znaczy, że mamy podobne. Ulubione, i ciągle oglądane, polskie filmy komediowe powstały w latach 70. i 80. – mimo humoru politycznego, bawią już kolejne pokolenie. Może dlatego, że opierają się na tych tylko naszych absurdach? To właśnie one nas bawią i chociaż rzeczywistość bywa szara, śmieszy nas jej tragizm.

Dzień świra to nic śmiesznego

Polacy są nieco marudni i chyba bardziej słyną ze swoich narzekań niż z żartów. Nasze poczucie humoru opiera się zdecydowanie na innych Polakach: z tych słabszych, głupszych, pechowych, nieudaczników. Psychologowie humoru próbują to tłumaczyć naszymi kompleksami, ale nasze cechy narodowe są po prostu śmieszne. Polacy lubią to, za co nie trzeba płacić: darmowe oprogramowanie, którego nigdy nie użyją, mikro parasolka dodana do gazety, niedobry sok gratis. Bywają też leniwi, zmęczeni, nie mają pasji, a jak mają, to życie ją wypiera – okazuje się, że wszystko to może być śmieszne.

W 1995 roku Marek Koterski jednych rozbawił, drugich zdołował filmem „Nic śmiesznego”, a 7 lat później dorzucił jeszcze „Dzień Świra”. Wypruty intelektualista, czyli symboliczny Adaś Miauczyński, śmieszy tym, jak cierpi. Nic mu nie wyszło, nic mu nigdy nie wychodzi i nie wyjdzie – chyba że bokiem. Jest zawsze drugi, świat jest przeciwko niemu, sprzyja mu tylko frustracja. Idealizm zastąpiły idiotyczne nawyki i rytuały. To śmieszy miliony Polaków. Szczególnie kiedy w „Dniu Świra” Adaś próbuje odpocząć, walczy o chwilę spokoju, ale Polska i społeczeństwo mu doskwierają.

Może to jest dramatyczne? Przecież tytuł pierwszego filmu o Adasiu tłumaczy, że to nic śmiesznego! Kwintesencją nieszczęścia jest scena rozmowy telefonicznej Adasia z budki telefonicznej dla niziołków, w kałuży po kolana i ulewie, przy wielkim warczącym i szczekającym owczarku. To już jest szczyt bezradności wśród polskich absurdów i ilustracja do powiedzenia „ślepemu wiatr w oczy”. Jednak nas to bawi i z uporem uważamy, że to komedia.

Śmiejemy się też z przekleństw i szczególnie chyba doceniamy sprawne posługiwanie się nimi. Magiczne słowo na „K” z filmów Koterskiego jest śmieszne samo w sobie, a z ust najlepszego Adasia, czyli Marka Kondrata brzmi jak cytat z Szekspira. Właśnie to nas śmieszy. Ostatnia część „przygód” Miauczyńskiego, czyli „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” nie jest śmieszna ani trochę, ale ludzie z przyzwyczajenia rżeli ze śmiechu przy każdym „K”. Zupełnie jakby oglądali „Akademię Policyjną” w latach 90.

Niezmiennie śmieszny polski nonsens

Śmieszny w swym tragizmie świat według Koterskiego, to tylko przykład. Nie świadczy o narodowym poczuciu humoru, ale trochę je kształtuje i jednocześnie charakteryzuje. Z całą pewnością śmiejemy się z krzywych dróg, głupoty innych i polskich wad. Wszystkie „Misie”, „Rejsy”, „Nie lubię poniedziałków” to doskonałe przykłady, poprzedzające te omówione. Gdyby poszukać kolejnego dowodu, nie trzeba zagłębiać się w kino offowe. Wszyscy przecież znają Kiepskiego – Polaka z tradycjami.

Podobne wpisy o szkole i nauce:

About the author